Rzecz Krotoszyńska nr 05 (1032) z 3.02.2015 r.

23 stycznia 1945 roku w Krotoszynie. Śmierć przyszła w ostatnim dniu wojny

oprac. Janusz Urbaniak, 03 luty 2015, 09:00
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Publikujemy wspomnienie 91-letniej krotoszynianki, Władysławy Biedermann (zd. Mądroszkiewicz), która przywołuje zdarzenia z 23 stycznia 1945 r. w Krotoszynie. Pokazują one rzeczywistość wojenną przez pryzmat codziennego życia jednej z rodzin. Wspomnienie spisał Czesław Tomczyk.
23 stycznia 1945 roku w Krotoszynie. Śmierć przyszła w ostatnim dniu wojny

Władysława z bratem Aleksandrem w czasie wojny w szpitalu

23 stycznia 1945 roku w Krotoszynie. Śmierć przyszła w ostatnim dniu wojny

Autorka wspomnień – Władysława Mądroszkiewicz w latach 40.


Złe przeczucia
23 stycznia w szpitalu panował popłoch. Niemcy byli zajęci sobą, nie zwracali na nas, obsługę szpitalną, uwagi. Nerwowo było już wcześniej. W noc po Wigilii wracałam z bratem Aleksem do domu przy ul. Kaliskiej 14. Noc była jasna, księżyc pięknie świecił, na ulicy pustki. Psy, które jeszcze zostały, przeraźliwie wyły. Nie wróżyło to niczego dobrego.
Po paru dniach wstępowała w nas otucha, ale nie daliśmy tego po sobie poznać. Niemcy zwieszali głowy i coś między sobą nerwowo szeptali. Około 18 stycznia w szpitalu zaczęli zbijać skrzynie. Wkładali do nich odzież, bieliznę, żywność, lekarstwa i opatrunki.
22 stycznia zaczęli przewozić je na dworzec. Zabierali wszystko, co mogli, także swoich chorych i rannych. Kilka skrzyń schowaliśmy do kanału, bo w szpitalu zostali chorzy Polacy, którym trzeba było dać jeść.

Wyprawa do Rozdrażewa
23 stycznia do domu wrócił nasz brat Antek i zapanowała radość. Antek odwoził swoich niemieckich gospodarzy z Rozdrażewa do Niemiec, ale w okolicach Leszna, korzystając z zamieszania, uciekł. Do Krotoszyna wrócił pieszo. Swoje rzeczy ukrył w chlewie w Rozdrażewie, więc postanowiłam tam z nim pójść.
Mróz był siarczysty, a śnieg skrzypiał pod nogami. Niestety, rzeczy Antka zginęły, zostało tylko ok. 20 kg fasoli w worku, którą zabraliśmy. W drodze powrotnej spotkaliśmy Rosjan jadących saniami przez pola. Baliśmy się, żeby nas nie zabili, później spotkaliśmy jadących konno Niemców. Byliśmy pewni, że ci na pewno nas zabiją. Ale oni może bali się bardziej niż my, przelecieli koło nas jak wicher.

Uratował go Niemiec
Koło młyna przy Koźmińskiej spotkaliśmy ludzi z wózkami, kradli co się dało – węgiel, zboże. W domu mamcia smażyła słoninę, którą przyniosła Marysia, moja 12-letnia siostra. Były to dwa duże plastry, ledwie uniosła. Słoninę wydawali w browarze niemieccy żołnierze,  każdy brał, ile mógł.

(więcej przeczytasz w gazecie)
 

Artykuł wyświetlono 3028 razy
Komentarze do artykułu
Dodaj komentarz