Miałem piętnaście lat, kiedy po raz pierwszy powierzono mi szybowiec i tylko jedną szansę na lądowanie. Kabina, kilka przyrządów, drążek w dłoni i pas trawy za plecami. Wiedziałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, nie będę mógł „dodać gazu” i poprawić podejścia. Do tej chwili prowadziła dłuższa droga.