Zamknij

Minuta ciszy. Wspomnienie o STEFANIE WITKU (1945-2019)

09:38, 15.03.2020 | Janusz Urbaniak
Skomentuj Stefan podczas odsłonięcia tablicy na krotoszyńskim dworcu (2016)
REKLAMA

 

To Jego wyznaczył los z grona najbliższych przyjaciół jako pierwszego, który tam odszedł. Tam, czyli dokąd?

Pytam, bo pamiętam, że on politechnik i realista, człowiek-inżynier nigdy nie dawał się wciągnąć w jakąkolwiek metafizykę. Twardo stąpał po ziemi i nasze rozmowy, które dotykały spraw absolutu, kwitował wątpiącym uśmiechem. Nie zdradzał, co myśli naprawdę, choć pewnie nie odpowiadało mu zbiorowe wyobrażenie spraw ostatecznych. Może nawet owa ekonomia zbawienia – jak pisze jedna ze znanych pisarek.


To że zniknął po ośmiu miesiącach choroby, która bezceremonialnie robiła swoje – z dnia na dzień niszcząc w nim życie – wzbudza we mnie poczucie nicości.  
Był Stefan... Kolejny człowieczy świat ubył. Może to poczucie nieistnienia jest tym silniejsze, że gdy stoję koło Jego grobu, wiem, że nie ma w nim trumny. Jest tylko urna, a więc to wszystko, co przeżył przez ponad 70 lat, kim był i jak był obecny wśród nas, zamieniło się w marny proch.  
Był człowiekiem, który łączył w sobie dwie strony. Pracowitość opartą na wiedzy technicznej, którą zdobył dzięki studiom na Politechnice Wrocławskiej, oraz zainteresowanie sztuką. Można by dalej snuć: to, co wielkopolskie z tym, co wrocławskie, choć bardzo przemieszane. Był  poznawczo przekorny, na wiele spraw spoglądał z drugiej strony, z czym nie zawsze się zgadzałem. W jakiś sposób trawił go niepokój, którego źródła nie znałem. Wydawał się przecież człowiekiem spełnionym...


Pracował we wrocławskim Hutmenie, w tym kilka lat w Iraku. Potem prowadził firmę, która wymagała od niego manualnej sprawności. Z pedanterią, własnymi siłami, remontował swoje kolejne mieszkania. We Wrocławiu, gdzie ostatnio mieszkał, był autorem projektów obywatelskich, które zmieniały życie sąsiadów. Był  przedsiębiorczy i zapobiegliwy, choć – jak to w życiu bywa – nie potrafił na czas zapobiec... własnej chorobie.


A z drugiej strony miał ambicję otaczania się rzeczami stylowymi, często z historyczną duszą. Doceniał miejsca ładne i takie, w których działo się coś artystycznie ważnego. W okresie studiów i po ich zakończeniu (1971) związał się z Teatrem Mimu GEST, z którym jako aktor podróżował po Europie. Do samego końca utrzymywał kontakt z osobami z tamtych lat, które zresztą przyjechały na Jego Ostatnią Drogę.


W Krotoszynie ufundował i osobiście nadzorował prace nad zawieszeniem tablicy pamięci na dworcu PKP. Był poruszony losem niemieckich niemowląt z pociągu ewakuacyjnego, wydanych w 1945 r. na niechybną śmierć. Kilkoro przygarnęli krotoszynianie. Im oraz dzieciom, które nie przeżyły, zadedykował to swoje – jak myślę – dzieło życia.


Często też zwracał uwagę na obskurną kaplicę cmentarną, jeszcze z lat 70. ub. wieku. Uważał, że jako gazeta powinniśmy przejawić jakąś inicjatywę w tej mierze. Po ukazaniu się w Rzeczy informacji ks. dr. Aleksandra Gendery o zamiarze zmodernizowania budynku, zaoferował swoją pomoc.
Tę inicjatywę podchwyciła żona Stefana, Maria, prosząc, aby podczas pogrzebu zamiast kwiatów przekazywać datki na ten cel. Były następne ofiary, zawiązuje się społeczny komitet budowy...


Stefan Witek, krotoszynianin i kołłątajowiec, zmarł 3 grudnia 2019 r. we Wrocławiu Jego pogrzeb rozpoczęła  Msza św. w bazylice św. Jana Chrzciciela w Krotoszynie. Potem pogrzeb na cmentarzu parafialnym, na który nie byłem już w stanie pójść. Tak jak nie potrafiłem Go odwiedzić w dniach dokonującej swego dzieła choroby.


Pozostawiam Ci, Stefanie, te słowa... Bo jako człowiek piszący wierzę, że słowa zapisane przetrwają wszystko. Odpoczywaj w pokoju!

 

 

 

(Janusz Urbaniak)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (1)

bodobodo

2 0

Az milo czytac piekne wspomnienia o koledze. 10:24, 15.03.2020

Odpowiedzi:0
Odpowiedz